Sorry, your browser doesn't support Java(tm).
Obiekt: Domel vel Furbo

E-mail: furbo@wp.pl

ICQ UIN: 28383779
Gadu-Gadu: 263025



WSTĘP:


Wydarzyło się to w roku pańskim 1978. Minęło już osiemnaście dni od jak zwykle mocno zakrapianej imprezy, różniącej się od innych tylko tym iż na stole stała obok żytniej jeszcze butelka szampana. Wszyscy jednak zdążyli już zapomnieć o świętach, gwiazdce i sylwestrze. Za oknem zima.. Na ulicach leży rozjechane przez samochody błoto. Trzeba uważać. Zdarza się, że po przejechaniu auta część tego co przed chwilą leżało jeszcze na ulicy ląduje na twoich butach bądź co gorsza na spodniach i kurtce. Wszyscy spieszą się do domu na obiad. W autobusach, które planowo się spóźniają tłok i ścisk. Przez zaparowane szyby trudno jest zobaczyć czy trzeba już wysiadać czy nie. A nawet jeśli uda ci się zorientować gdzie jesteś musisz zdrowo się napocić aby przepchać się do wyjścia zanim będzie za późno. Na zegarze dochodzi piąta. W jednym ze szpitali przychodzi na świat kolejne dziecko. Tym razem to chłopiec.


CZĘŚĆ I
WCZESNE DZIECIŃSTWO


Nie wiem czemu ale najważniejszy moment mojego życia jakim było bez wątpienia moje poczęcie przegapiłem. W głowie mam czarną dziure. Taką jaka może zdarzyć sie tylko po imieninach szwagra. Pierwszą rzeczą którą pamiętam to podskakujący na chodniku dziecięcy wózek w którym siedzę ja, a wokół same wysokie na 11 pięter betonowe ściany. To było moje osiedle . Pierwsze podwórko z prawdziwego zdarzenia. Sami pewnie tez mieliście podobne. Była tam piaskownica, skrzypiąca chuśtawka i pare innych gadżetów na których można było wywinąć potrójne salto po czym walnąć głową o krawężnik. Tak więc jak już wspomniałem pierwsze moje wspomnienie to przejażdżka w wózku bez klimy, radyjka, siedzeń ze skóry i blondyniuni po prawej stronie. Wtedy jeszcze nie za bardzo wiedziałem co trace.
Tyle o moim pierwszym wspomnieniu z dzieciństwa. Kolejną rzeczą którą pamiętam to jakaś badziewiarska rodzinna impreza na której ciocie klocie, chrzestni i cała ta banda zleciała sie do mnie jak po autografy i zadawała w kólko jedno i to samo pytanie: "Dominiczku, a pokaz ty nam na paluszkach ile masz latek ?" Strasznie mnie to irytowało bo choć jeszcze przed chwilą umiałem pokazać stosowne paluszki to sytuacja wtedy wydawała mi sie tak stresująca że zapomniałem nawet jak się nazywam. Pózniejsze wspomnienia nie są już takie zabawne. Sami pewnie macie takich bez liku: jakiś ochydny kleik, kisiel, kaszka manna, no cuda na kiju do których zmusza się niestety bezbronne dziecko.
Do przedszkola choć zupełnie przeze mnie nieplanowanego trafiłem o rok za wcześnie. W sumie i dobrze bo w domu zdążyłem już zepsuć wszystkie moje zabawki i kilka zabawek mojego ojca. Dwa lata. Całe dwa lata takiego obijania się, że jak dziś sobie przypomne to uśmiech na twarzy znikąd się pojawia. Pózniej była szkoła podstawowa. Z początku zdawała sie być zimna i obca. Nie to co przedszkole: kraniki dywaniki, kafelki, duperelki. Tu tylko olejną maznęli po ścianie, w piwnicy hurtowo zainstalowali haki ( podobno były na worki z butami ale kto ich tam wie. Nie jeden dzieciak nabił sie na te cholerne haki podczas przepychania sie w szatni ) i cała mi szkoła. Tu miałem stawiać pierwsze kroki w sprincie przez korytach, paleniu papierosów, .... Tak czy inaczej wszystkich rzeczy których miałem się nauczyć w "podstawówce" nie sposób wymienić. Tak więc upływał rok za rokiem a my maluchy dostawaliśmy w kość wstawając o siódmej rano i lecąc do szkoły z workiem na buty a w tornistrze z bułką owiniętą w papier śniadaniowy. Bułka ta i tak nigdy nie dotrwała do momentu, w którym czułem się głodny ponieważ tornister w którym sie znajdowała jak sama nazwa wskazuje służy do rzucania się nim w czasie przerwy lekcyjnej a nie przechowywania w nim żywności. Od tego koniec końcem są lodówki drodzy państwo..
Kolejny etap w moim zyciu to szkoła muzyczna. Podobno jak byłem mały wykazywałem nadzwyczajny talent muzyczny grając na garnkach, patelniach i innym sprzęcie gospodarstwa domowego. Rodzice na czele z babcią posłali mnie więc do szkoły muzycznej. Niestety wtedy niewiele miałem do powiedzenia w sprawach dotyczących mojej osoby ale jeśli ktoś był wtedy kto mógł coś powiedzieć to była nią z pewnością moja babcia. I to własnie moja babcia ( złota kobieta ) zadecydowała na czym wnusio będzie pogrywał. Wybór padł na akordeon. Miałem szczęście czy też nieszczęście iż trafiłem na wyjątkowo twardą sztuke jaką był niewątpliwie mój profesor, Łeb miał nie od parady. Więc z początku musiałem się wziąść ostro do pracy.( Zastanawiam sie czasami jakież to musiało być rozczarowanie mojej rodziny gdy zamiast skocznych melodyjek zacząłem dzień w dzień katować ich gamami, pasażami, menuetami, fugami, etiudami, muzyka wspólczesną i wszystkim tym czego pare godzin dziennie nijak nie da się słuchać :-) Po dwóch jednak latach profesor wyjechał do stanów a ja po kolejnych dwóch wyjechałem ze szkoły muzycznej na urlop zdrowotny z którego jak do tej pory nie wróciłem..
Po odejściu na zasłużony urlop zdrowotny nagle przeżyłem nie lada szok. Otóz miałem tyle wolnego czasu, że z początku nie za bardzo wiedziałem co z nim zrobic. Na pomoc przyszli jednak moi koledzy z klasy. Zaczęły się nareszcie: Baaaaalaaaaaaaaangiiiiiiiiiii !


Część II
BALANGI


Podstawowa:
Pierwsza balanga w pełni tego słowa znaczeniu, w której uczestniczyłem, odbyła się w rekolekcje religijne w klasie siódmej z kolei. ( zaraz pewnie usłysze "Łane ! my z chlopakami to w podstawówie winko ciągnęliśmy jak trza od czwartej" - odp: Ja nie ) Niby nic wielkiego z perspektywy czasu. Jedno piwko na głowe: porter. Jak dziś pamiętam :9,6 % alkoholu. ( zadziwiające jakie rzeczy pamięta się po tylu latach ) Za oknem pada deszcz a my siedzimy u kolegi i poniewieramy się jednym piwem. Było wesoło. Wielka podjara którą potęgował stół suto nakryty świerszczykami.
To były czasy !
Póżniej wszystko toczy sie coraz szybciej. Szkolne dyskoteki, pierwsze domowe imprezki, podwórko przy szkole, na którym można było spotkać tzw. klase pijącą. Wszytko to oczywiście przeplatane było sportem. Moda na Chicagoskie Byki i pierwsze finały oglądane nad ranem w telewizji to własnie o tych czasach w rzeczy samej pisze. Koszykówka to było coś co kręciło facetów.
Moda na havy metal kwitła. Kupowaliśmy pirackie kasety swoich ulubieńców. Ławki szkolne usiane były nazwami zespołów takich jak: SLAYER, Metallica, VADER, Tankard czy Sepultura. To były normalne kapele. Nie to co teraz.

Średnia:
Jakoś zdarzyło się tak, iż jeszcze w podstawówce chodziłem na koło młodych talentów matematycznych. W gruncie rzeczy nie poznałem tam żadnego Einsteina i sam nim nie byłem ale nie ma co tu ukrywać - matematyke umieliśmy. I pewnie nie była to znowu taka wielka zasługa naszego bądż co bądż wątpliwego geniuszu co nauczycielki która młodzieży z ósmej klasy podstawówki potrafiła wytłumaczyć rachunek prawdopodobieństwa. Pod koniec roku napisaliśmy tylko sprawdzian i już byliśmy w liceum, które przyjęło nas z otwartymi ramionami nie próbując już nawet weryfikować ani tego czy umiemy się wysłowić ani tego, co już bardziej zrozumiałe czy umiemy rachować. Tym sposobem zamiast przygotowywać się do egzaminów wstepnych do liceum, wkuwać na pamięć twierdzenia i czytać lektury przesycone moralnymi dylematami grałem sobie w najlepsze na podwórku w koszykówke..
Znalazłem się więc w liceum w klasie o profilu matematyczno-fizycznym. W liceum nie robiło się za wiele. Przejmowali się tylko ci co chcieli a reszta olewała łacznie z tymi którzy przejmować się powinni. Gdy byłem w drugiej klasie zostałem przyjęty do zespołu muzycznego "Fantasmagoria". To byli nieco starsi ode mnie ludzie ale szybko chyba się zaklimatyzowałem. Naprawdę się wtedy realizowaliśmy. Bawiliśmy sie komponując kolejne utwory. Grałem w nim na klawiszach oraz piałem niemiłosiernie do mikrofonu. ( częsci publiczności na koncertach w różnorakich pubach nawet to się podobało ) Ponadto brzdąkałem w kilku innych kapelach, próbowałem sił w pisaniu aranżacji dla teratru dla dzieci i sporo komponowałem "sam dla siebie". Dużo wyniosłem z tego okresu. Zespół jak to zwykle bywa zaczął sie w pewnym momencie wypalać. Jakoś coraz rzadziej gralismy aż w końcu przestaliśmy. Nic na siłe. Trzeba było odpoczac. Tak więc czasy liceum zbiżały się ku końcowi. Co dalej ? To pytanie zadaje sobie 99% licealistów. Mnie też tam prosze zaliczyć. Nie miałem ochoty zupełnie odejść od muzyki, która bądż co bądż pasjonuje mnie po dziś dzień. Nadchodzi jednak taka chwila w życiu każdego mężczyzny kiedy zaczyna udawać, że rzuca zabawki, wyrzuca kolekcje zdjęć motorów, chowa do szafy potęzny zbiór znaczków pocztowych z 200 krajów i pali głupa że nic a nic już go to nie obchodzi. W wieku podeszłym, pół śmiesznym wszyscy faceci wracają do tego ze zdwojoną siłą tudzież opłakują swoje zbiory po paru głębszych wypitych ze starymi znajomymi. Moje plany oscylowaly miedzy fizyką, ekonomia a na reżyseri dżwięku skończywszy. Koniec końcem zgodnie z nieujarzmionymi prawami natury i zasadą owczego pędu strzeliłem baranka w ściane Uniwersytetu Łodzkiego po czym oznajmiłem światu: "O! Tu chce chodzić !"

Studia
( Dużo by trzeba było pisać...ale kiedyś napisze. Obiecuje ;-) )